Stany Zjednoczone, Chicago. Ameryka walczy z kryzysem. Własny dom na świecie


W Ameryce na rynku domów jednorodzinnych panuje kryzys. Jest on ważny dla Europy, bo w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i krajach nadbałtyckich dzieje się już podobnie. To, co zabiłoby niejedną silną gospodarkę, w Stanach Zjednoczonych jest chorobą z rokowaniem na wyleczenie. Nasza relacja z Chicago.

Świat patrzy na Amerykanów jak na kolonię mszyc. Kiedy przestają kupować domy i dobra konsumpcyjne, brać kredyty i je spłacać, wydawać na żywność kwotę wielkości 17 budżetów Polski, zadyszki dostaje cały glob. Właśnie jesteśmy na takim zakręcie. W Stanach załamuje się rynek nieruchomości. Upadają wielkie instytucje kredytowe, rośnie bezrobocie. Jeśli tam nastąpi krach, można zapomnieć o hossie, za to całkiem realna jest groźba wielkiego kryzysu światowej gospodarki. Europa także jest o krok od kryzysu. Przez lata, tak jak w USA, rósł tu balon inwestycji w nieruchomości – szalony wzrost cen finansowany kredytem. Teraz ta bańka może pęknąć. Każda zła wiadomość zza oceanu pogrąża dziś naszą giełdę i powoduje spadek aktywów posiadaczy funduszy inwestycyjnych. Czy Ameryka pokona kryzys?

Chicago, jak cała Ameryka, jest ziemią obiecaną dla ludzi, którzy z pracy uczynili swoje credo
Autor: Andrzej T. Papliński

Kredyt kłamców ciągnie Amerykę w dół
Amerykański rynek nieruchomości zaczął się rozwijać po tym, jak w 2000 roku nastąpił krach spółek informatycznych (spadek indeksów giełdowych o 39%), a nabrał rozpędu po ataku terrorystycznym 11 września 2001 roku. Boom trwał, bo jego siłą napędową było malejące oprocentowanie kredytów hipotecznych – od 18% przed laty do nawet 1% w 2004 roku. Kredyt stawał się coraz bardziej dostępny, coraz więcej ludzi mogło kupić dom – a odpowiedzią na popyt był wzrost cen nieruchomości. Średnia w 2004 roku to wzrost cen o 12,5%, ale w dużych miastach nawet o kilkadziesiąt procent – rok po roku. Lokata bankowa nie dawała takiego zysku. Nic dziwnego, że domy zaczęto traktować jak prywatne banki. W ekstremalnych przypadkach ludzie przestawali pracować. Co roku zlecali wycenę swojej nieruchomości i dobierali kredytu na 20% wartości domu, czyli tyle, ile przez 12 miesięcy wzrosła jego cena. Dostawali 40--50 tys. dol. – mieli na życie i spłatę odsetek. W każdej chwili mogli sprzedać dom i zlikwidować wszystkie długi. Po pięciu latach wartość domu się podwajała. W 2005 roku kryzys nie był jeszcze widoczny – zbudowano w Stanach 1,5 mln domów jednorodzinnych, ale chmury już nadciągały... Znana za oceanem zasada mówi, że akcje należy sprzedawać, jeśli w takie jak nasze walory zaczynają inwestować wszyscy. W Stanach rewolucja na rynku nieruchomości była właśnie hossą dla amatorów. Za budowanie domów jako inwestycję brał się każdy – kierowca, fryzjer, sprzedawca – a wszyscy na kredyt! To jednak nie kredytobiorcy doprowadzili do kryzysu. Winne są banki i instytucje kredytowe – zgubiła je chęć zysku. Kiedyś standardem było posiadanie 50% wkładu własnego na zakup nieruchomości, na początku prosperity banki żądały udokumentowania posiadania jedynie 20% środków. Rynek załamał się, bo banki zaczęły dawać kredyty kombinowane 80/20: 80% na zakup czy budowę domu i 20% jako wkład własny. Co gorsza, zaczęto też oferować kredyty sub-prime – bez sprawdzania wiarygodności klientów. Te pożyczki nazwano kredytami kłamców, bo można je było dostać bez dokumentowania przeszłości kredytowej, sytuacji finansowej czy możliwości spłaty. W ostatnim okresie kredyty z grupy subprime stanowiły ponad 50% wszystkich udzielonych pożyczek. Na efekt nie trzeba było długo czekać. W 2006 roku nie spłacano już 20% kredytów z tej grupy. Łatwe kredyty zaczęły trawić amerykański rynek nieruchomości, bo za kłopotami banków poszły zniżki cen domów, bankructwa prywatne, zastój w branży budowlanej i ogólny kryzys. W kwietniu 2007 roku zbankrutowała spółka New Century Financial, gigant na rynku kredytów subprime. Jego upadek wstrząsnął amerykańską giełdą i giełdami na świecie, także w Polsce, równie mocno jak atak na World Trade Center. To nie koniec kryzysu. Kolejne instytucje finansowe – jak Bear Stearns, jeden z największych banków inwestycyjnych na świecie, czy banki w Niemczech, wielkiej Brytanii i Azji – mają poważne problemy finansowe. To dlatego świat wstrzymuje oddech... Widok na kryzys od podwórka? Miliony amerykańskich rodzin zostały nagle z drugim i trzecim domem, który był kupiony czy budowany wyłącznie jako inwestycja – na sprzedaż. Zamiast perspektywy szybkiego zysku mają teraz każdego miesiąca do zapłacenia wysokie raty kredytów branych na 100% wartości nieruchomości, do tego dochodzą koszty jej utrzymania. A domy wciąż tanieją – już nawet trudno sprzedać je po kosztach własnych. W Chicago w najlepszym okresie hossy nowy nabywca znajdował się w ciągu dwóch miesięcy. Teraz znalezienie kupca przed upływem roku na dom przeceniony o 20% to duży sukces!



W Ameryce wszystko jest wielkie – domy, samochody, ulice jak kaniony. I wyobrażenia Amerykanów o ich najlepszym kraju na ziemi
Autor: Andrzej T. Papliński
Amerykańskie miasta to wysokie centrum i morze przedmieść zbudowane z domów jednorodzinnych. W aglomeracji Chicago żyje ponad 8 mln ludzi
Autor: Andrzej T. Papliński
70% Amerykanów mieszka we własnym domu jednorodzinnym. W praktyce są to często baraki mieszkalne, wąskie od ulicy, ciągnące się w głąb posesji
Autor: Andrzej T. Papliński

Ameryka – wszystko na kredyt
Polak nie zrozumie Amerykanina, a nasz system wartości na nic zda się w Ameryce. Nad USA zamiast słońca świeci dolar, a wszystko jest podporządkowane regule, że tylko krążący pieniądz przynosi zysk. Przedsiębiorcy nie budują fabryk, lecz wynajmują hale, bo nie chcą unieruchamiać gotówki w dobrach trwałych. Starsi ludzie dostają co miesiąc z banku czek pod zastaw własnego domu, który później przejmuje nie rodzina, lecz bank. Dobrze zarabiający Amerykanin powie, że jego oddychanie kosztuje przeciętnie 5 tys. dol. miesięcznie – to koszt spłaty ubezpieczeń i kredytów, które wziął na kształcenie dzieci, większy dom i domek letni, na nowy samochód, wakacje i jacht. Zadłużenie amerykańskich rodzin (12 bln dol.!) jest o dwa biliony wyższe niż roczny dochód USA. Wszystko na kredyt? Amerykanie nie chcą czekać latami na realizację marzeń. Zarabiają 3-4 tys. dol. miesięcznie. Co najmniej jedna trzecia to spłata rat i drogich ubezpieczeń. Przykład: Młode małżeństwo po studiach zarabia rocznie razem 90 tys. dol. Co roku firma daje im 3-4% podwyżki, a inflacja wynosi w USA około 3%. Po pięciu latach będą zarabiać łącznie już 135 tys. dol., czyli w ciągu pięciu lat zarobią razem prawie 612 tys. dol. Jak wydadzą te pieniądze? Mogliby kupić dom za 400 tys. dol., dwa samochody po 10 tys. dol. – i w ogóle nie myśleć o kredycie. Ale robią zupełnie inaczej. Już w pierwszym roku kupują na kredyt dom za 850 tys. dol. – z ratą roczną 51 tys. dolarów. Kupują też na kredyt dwa luksusowe samochody z ratą roczną 14 tys. dol. Spłacają tylko odsetki, na życie zostaje im 25 tys. dol. rocznie. To wystarczy na normalną egzystencję, ale z drogimi gadżetami. Od razu życie na wysokiej stopie. Wszystko na kredyt – bo zadłużenie jest częścią stylu życia Ameryki. Przez 15 lat gospodarka rozwijała się jak na drożdżach. Bezrobocia prawie nie było, pracy nie brakowało i zawsze czekała następna. Amerykanin do niedawna nie miał znanych nam obaw o codzienny byt, a koszty życia, żywności, opłat za prąd i gaz, utrzymania samochodu nadal są w Stanach najniższe wśród krajów rozwiniętych. Jeśli Amerykanin traci pracę, zakład ubezpieczeniowy płaci mu przez rok nawet 90% pensji – jeśli tak się ubezpieczył. Tak to jest pomyślane, by ludzie się zadłużali – i to już w okresie studiów. Kredyt jest najsilniejszym motorem gospodarki, mnoży zyski banków, nakręca popyt wewnętrzny, motywuje ludzi do lepszej pracy, bo przecież długi trzeba spłacać. Podobną rolę odgrywa dom. Czym jest dom dla Amerykanów? Elementem gry ekonomicznej. Co robi Amerykanin, gdy zmienia pracę na lepszą, dzieci idą do nowej szkoły lub dom okazuje się za duży? Sprzedaje stary dom i kupuje nowy – bardziej dopasowany do życiowych potrzeb i finansowych możliwości. Nieustanny obrót domami pozbawiony jest sentymentów, które Europejczyka trzymają na miejscu – przywiązanie do historii rodzinnej, dobrego sąsiedztwa. W USA każdego sąsiada witasz kumpelskim „Hi!”, z każdym jesteś na ty – ale więzy sąsiedzkie są naskórkowe, a przeprowadzki, a więc zrywanie więzów, wpisane w model życia. Do 40 roku życia Amerykanin cztery-pięć razy zmienia dom, często także okolicę i stan. Gospodarka na tym zyskuje. Złowrogie słowo „foreclose”
Każdego Amerykanina można określić bez podawania jego nazwiska dwoma zestawami cyfr: numerem karty Social Security, czyli ubezpieczenia, oraz wysokością scoringu – punktowej oceny zdolności kredytowej. Numer ubezpieczenia zastępuje w różnych sytuacjach dowód osobisty, daje dostęp do służby zdrowia, tańszych leków, emerytury. Zdolność kredytowa jest cyfrowym zapisem historii kredytowej danej osoby przez ostatnie dziewięć lat. Informacje zbierają trzy instytucje federalne: Trans Union, Equifax i Experian. 660 punktów to średnia historia, powyżej 750 punktów – bardzo dobra, poniżej 600 trudno uzyskać kredyt. Każdy niezapłacony na czas rachunek za telefon czy mandat obniża punktację, niespłacony kredyt
obniża ją drastycznie. Na przykład 30-dniowe spóźnienie w spłacie kredytu hipotecznego lub pożyczki na samochód obniża punktację o 30-70 punktów. Popularne wśród Amerykanów i Polonii pytanie brzmi: „Czy masz dobry kredyt?” albo: „Jaki masz score?” (ilość punktów). Kiedy banki i instytucje finansowe dawały kredyty subprime, nie przykładały wagi do historii kredytowej. Teraz się to zmieniło, co pogłębia kryzys, bo z powodu braku pieniędzy na rynku nie ma kupców na domy. Z drugiej strony zaostrzenie kryteriów oczywiście działa na korzyść finansów USA. W kontekście zdolności kredytowej jest jeszcze inne złowrogie słowo, które stało się popularne: foreclose, czyli przejęcie domu przez bank. Kto przestaje płacić odsetki, po trzech miesiącach może zostać wezwany przez bank do zwrotu kredytu. Jeśli dojdzie do ugody – klient sprzedaje dom i oddaje dług, a ewentualną brakującą kwotę zaczyna spłacać jako nowy kredyt. Jeżeli kredytobiorca nie porozumiał się z bankiem, a przerwa w spłacaniu wyniosła co najmniej sześć miesięcy, dochodzi do rozprawy sądowej. W sądzie zapada decyzja o przejęciu domu dłużnika przez bank. Dalej działa z całą bezwzględnością prawo. Po 45 dniach od rozprawy miejscowy szeryf wywiesza na drzwiach nieruchomości ostrzeżenie, że za pięć dni dojdzie do eksmisji. Jeśli w tym czasie mieszkańcy nie opuszczą domu, w obecności policji mogą z niego wynieść tylko podręczny bagaż. Resztę rzeczy, także meble, policjanci wyrzucają przez okno – by dać przykład innym obywatelom, że w Stanach Zjednoczonych prawo działa nieuchronnie. Prawo działa, problem w epidemii zjawiska. W czasie hossy banki bez większych skrupułów korzystały z prawa do foreclose, bo wciąż była kolejka chętnych po kredyt i kupno licytowanego domu. Teraz przejęcie domu nie ratuje sytuacji, bo nie ma na niego kupców. W 2006 roku banki odebrały domy milionowi rodzin amerykańkich (w rejonie Chicago 29 tys.) Tylko w lipcu tego roku wystawiono w USA na foreclose 180 tys. domów. Brutalna rzeczywistość? W miasteczku West Englewood (45 tys. mieszkańców), na południowy zachód od Chicago, w ciągu czterech miesięcy tego roku odebrano właścicielom 259 domów, w Chicago Lawn (61 tys. mieszkańców) – 217, w Roseland (52 tys.) – 225. To już nie dowód samoregulacji rynku nieruchomości, lecz jego bankructwa.

Praca po amerykańsku
Świat patrzy, czy Ameryka przetrwa kryzys na rynku nieruchomości. Ceny domów spadają, oprocentowanie wzrosło do 6,5%, ceny paliwa z 1 dol. za galon (prawie 3,8 l) do 3,3 dol., co daje wydatek średnio 100 dol. na tydzień na samochód. W 2006 roku wydano na budownictwo 20% mniej niż rok wcześniej, w tym roku buduje się najmniej od 16 lat! Wiele domów czeka na kupców. Bańka pękła, ale ten wielki niesamowity kraj radzi sobie z kryzysem równie dobrze jak z licznymi powodziami, tornadami czy atakami terrorystycznymi. USA każdego dnia wydaje na wojnę w Iraku 150 mln dol. – i nadal kwitnie, bo amerykański optymizm, zaradność i prosta reguła przekuwania wszystkiego w zysk nie mają sobie równych w świecie. Kryzys w nieruchomościach? To okazja na nowe miejsca pracy, nowe przedsięwzięcia, które wyrosną na zgliszczach upadających firm. Jedni tracą, ale inni zarabiają. Do tego wciąż liczy się sternik – państwo. FED obniżył stopy procentowe – jest nadzieja, że stanieją kredyty. Amerykanie wciąż są optymistami. Banki dają kredyt ze stałą stopą procentową nawet na dziesięć lat. Złe kredyty są przefinansowywane – spłatę rozkłada się aż na 50 lat. Gospodarka wciąż się rozwija, prognozowany wzrost na 2007 rok to 2,7%. Nie ma siły, która by złamała Amerykę. Na kryzys odpowiedzią jest też ciężka praca. – Ludzie pracują tutaj 12 godzin dziennie – mówi Andrew Morawski, polski menedżer zarządzający amerykańskimi firmami. – Podejmują się karkołomnych zadań i potrafią im sprostać. To jest coś, czego możemy się od Amerykanów uczyć. Z pracy uczynili przymiot narodowy. Biorą urlop nie dłuższy niż siedmiodniowy – dwa razy w roku; świąt i dni wolnych prawie nie mają, a długi weekend jest długi, jeśli ma wolny poniedziałek. Już Henryk Sienkiewicz, podróżując 130 lat temu po Ameryce, zauważył, że człowiek tutaj wciąż słyszy radę: „Pomagaj sam sobie”. Tak jest do dzisiaj. Pracowita jednostka może dojść do wielkich pieniędzy. Pracujesz? Pokaż, że jesteś lepszy! Firmy nie blokują młodych, przyciągają zdolnych i dają im szansę awansu, bo wiedzą, że odrzucony kandydat pójdzie do konkurencji. – W Ameryce tak żyjesz, jak zarabiasz – mówi biznesmen polskiego pochodzenia Henry Kazmierczak. – Stać cię? Idziesz do przodu. Życiowa bierność nie jest akceptowana. To kraj ciągle żywego mitu, że wszystko jest możliwe. A życiowy wybór? Zarabiać i robić karierę. Nic dziwnego, że Polacy, którzy mieszkają w Chicago, żyją na co dzień z temperaturą 37°C. I odnoszą niewyobrażalne dla nas sukcesy – zmonopolizowali sektor nieruchomości i usług budowlanych. Mieszkają w największych domach, mają najlepsze samochody. Chicago i Polacy – kiedyś ośmieszani w polish joke, dziś podziwiani przez Amerykanów – są optymistami: – Ten kraj poradzi sobie z kryzysem. I to szybko...
Czy będzie kryzys?

Czy grozi nam światowy kryzys wywołany przez zapaść amerykańskiego rynku nieruchomości? Nie wiemy jeszcze, ile pieniędzy wpompowano w spekulacyjny balon. Kryzys na rynku nieruchomości dotyka cały świat. Problemy sygnalizują banki w Niemczech i w Azji. Prawie 2 mln Brytyjczyków zgłasza problemy ze spłatą kredytów, a Northern Rock – piąty co do wielkości bank hipoteczny w Anglii – szuka pomocy państwa, bo jest o krok od niewypłacalności. W krajach nadbałtyckich kryzys może wybuchnąć w każdej chwili – ceny pompowane kredytami szły co roku w górę o 60-70%! Ten balon musi pęknąć. Świat jest chory, jednak wydaje się, że Ameryka sobie poradzi. Kryzys trwa, ale wciąż nie jest to krach. Czas pokaże... ?



Na planszach na lotnisku w Chicago pokazano, jak szybko rozbudowuje się miasto. Stan z lat: 1950, 2000 i prognoza na rok 2030
Autor: Andrzej T. Papliński
Reakcją na tani kredyt była lawina nowych budów.
Autor: Andrzej T. Papliński
Powstały dziesiątki takich osiedli
Autor: Andrzej T. Papliński

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej
Państwo położone w Ameryce Północnej. Trzecie na świecie pod względem terytorium (9 631 418 km²) i trzecie pod względem liczby mieszkańców (ponad 302 mln). Najsilniejsza gospodarka świata – wytwarza 43% globalnej produkcji. Dochód narodowy 10,2 bln dol. Bezrobocie: 4,6%.
Republika federalna składająca się z 50 stanów. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskana 4 lipca 1776 r.
Głowa państwa: prezydent George W. Bush.
Waluta: dolar.
Stolica: Waszyngton.
Władza ustawodawcza: dwuizbowy parlament. Senat (kadencja trwa sześć lat) i Izba Reprezentantów (kadencja trwa dwa lata).
Narodowości: biali Amerykanie (75%), Afroamerykanie (12%), Latynosi (11%), Azjaci (1,5%), Indianie (0,5%).
Polonia: 10,6 mln obywateli pochodzenia polskiego. Około 700 tys. osób używa języka polskiego w życiu codziennym. Skupiska Polonii: Chicago, Denver, Detroit, Los Angeles, Nowy Jork, Seattle.




Autor: Agnieszka Sternicka , Marek Sternicki
Te domy w Planes są do kupienia za 800 tys. dol. Inwestor kupił działkę i stawia sześć domów na sprzedaż. Tyle że na razie nie ma kupca...
Autor: Andrzej T. Papliński
Nowe domy od tych budowanych dawniej różnią się wielkością. Miały być inwestycją w czasie hossy, w dobie kryzysu nie znajdują kupca. Koszty ich utrzymania pogrążają właścicieli
Autor: Andrzej T. Papliński

Tennifer i Chris Bielfeldt z Chicago


Autor: Andrzej T. Papliński

Ona wychowuje dzieci: pięcioletnią córkę i dwuletnie bliźniaki. On jest policjantem, a po pracy dorabia jako ochroniarz. – Dużo pracuję, ale to mój wybór – mówi Chris. Swój pierwszy dom sprzedali trzy lata temu. Był za mały dla powiększającej się rodziny. Dostali 326 tys. dol. Kupili większy dom (około 170 m²) na rynku wtórnym za 430 tys. dol. Po trzech latach dom jest warty około 600 tys. dol. Przeprowadzili w nim kilka remontów, na przykład adaptowali piwnicę na mieszkanie. Bielfeldtowie spłacają 300 tys. dolarów kredytu. Wzięli go na 30 lat. Płacą 2200 dol. miesięcznie. – Jesteśmy szczęśliwi ze swojego życia i bardzo wdzięczni losowi za to, co mamy – deklaruje policjant. 


Nasze zagrożenie: kredyt we frankach
W USA rozwój budownictwa mieszkaniowego wynikał głównie z niskich stóp procentowych, u nas bardziej z potrzeb społecznych – po prostu wciąż brakuje mieszkań i utrzymuje się na nie wysoki popyt. W Polsce w czasie boomu mieszkaniowego buduje się jeden dom lub mieszkanie na 253 mieszkańców. W USA w czasach obecnego załamania na rynku budowlanym powstaje jeden dom na 197 mieszkańców. Zatem w Polsce buduje się – w przeliczeniu na mieszkańca – mniej domów w czasie boomu niż w USA w czasie recesji! Co oczywiście oznacza, że rynek polski ma jeszcze znakomite perspektywy rozwoju długofalowego. To niewzrost oprocentowania kredytów w USA wywołał kryzys na rynku nieruchomości. Doprowadziło do niego nasycenie rynku – domy sprzedawano wszystkim zainteresowanym, także tym, którzy nie mieli zdolności kredytowej. Trudno powiedzieć, byśmy byli w Polsce bliscy nasycenia rynku – zaległości do odrobienia są zbyt duże. Po za tym w Polsce w ogóle nie ma kategorii kredytów subprime. Przed udzieleniem pożyczki zdolność kredytowa jest wnikliwe analizowana przez banki, w rezultacie nikt, kogo na to nie stać, kredytu na nieruchomość nie dostanie. Powody do zmartwienia mogą mieć osoby zaciągające kredyty we frankach szwajcarskich. Jako kredyty niskooprocentowane, a przy tym ryzykowne – bo udzielone w obcej walucie – mogłyby być źródłem kłopotów, gdyby tempo rozwoju gospodarczego w Polsce spadło, a jednym ze skutków byłoby osłabienie złotego. Taki scenariusz jest prawdopodobny w ciągu kilku najbliższych lat. Ale i tu działają mechanizmy ochronne. Od ponad roku obowiązuje w Polsce „rekomendacja S” – za jej przyczyną banki, udzielając kredytów we frankach, wymagają od kredytobiorców wyższej zdolności kredytowej niż w przypadku udzielania kredytów w złotych. Reasumując – zbyt wiele różnic dzieli nasze rynki, byśmy mogli być świadkami powtórzenia się scenariusza z USA w Polsce. Tam rynek kredytów subprime osiągnął poziom 40% kredytów hipotecznych. W Polsce tylko 2-3% kredytów hipotecznych nie jest spłacanych. Te liczby mówią same za siebie.

Polski rynek kredytów jest mały
Amerykanie kochają inwestować w nieruchomości. Świadomość tego, że nieruchomość to pewna inwestycja, która skutecznie chroni przed inflacją i pozwala zbudować realny kapitał, jest powszechna. Ceny nieruchomości w Stanach rosną nieprzerwanie od początku lat 90. Teraz widzimy pękanie tego balonu. Nie jest ono może tak spektakularne jak krach na giełdzie, bo taka jest specyfika rynku nieruchomości, skutki jednak są bardzo bolesne. W USA rozwinął się rynek papierów dłużnych opartych o ryzykowne kredyty hipoteczne – banki emitowały obligacje, których zabezpieczeniem były właśnie tego typu kredyty. Oprocentowanie obligacji było na tyle atrakcyjne, że stały się one ulubioną inwestycją różnego rodzaju funduszy. Gdy kredytobiorcy o niskiej wiarygodności przestawali spłacać swoje zadłużenie, cała piramida zaczęła się sypać. Kryzys sięgnął także europejskich instytucji inwestycyjnych, które zaangażowały się w rynek sub-prime (między innymi fundusze BNP Paribas i niemiecki bank IKB). W Polsce informacje z USA odbijały się (i nadal odbijają) silnym echem na giełdzie – wszelkie dane z rynku nieruchomości wpływają na notowania. Ominął nas natomiast kryzys o takim charakterze jak w USA i raczej nie musimy się go obawiać. Przede wszystkim dlatego, że w Polsce kredyty mieszkaniowe nie stanowią zabezpieczenia papierów dłużnych – tak zwana sekurytyzacja tych kredytów praktycznie nie istnieje. W efekcie nie budujemy piramidy, które rozsypała się w USA. Najważniejsze jest jednak to, że polskie banki znacznie ostrożniej pożyczają pieniądze – nie ma możliwości uzyskania kredytu na słowo, bez żadnych dochodów. Nasz rynek jest odporny dzięki temu, że jest mniej zaawansowany niż rynki kredytowe krajów takich jak USA. Mamy stabilny wzrost gospodarczy, który nie skończy się szybko. Ceny nieruchomości co prawda nieco wyhamowały, jednak w wielu lokalizacjach jest spory potencjał wzrostu. I wreszcie sama wielkość rynku kredytów hipotecznych w relacji do PKB jest u nas niewielka (około 7%), podczas gdy w krajach rozwiniętych kredyty stanowią często znacznie ponad 50% PKB. Musimy więc jeszcze kilkadziesiąt lat „popracować”, by zasłużyć sobie na taki kryzys, jaki właśnie przytrafił się Amerykanom.

Poznaj swoją przyszłość

Jedna z najlepszych wróżek w Polsce Wróżka Mira Elżbieta Sobczyk odpowiada na pytania na swoim Facebooku  lub przez e-mail. Problemy ze zdrowiem lub w sprawach "miłosnych" ? A może interesują Cię kwestie finansowe?  Sprawdź swoją przyszłość. Jej odpowiedzi pomogły już tysiącom ludzi w Polsce. Można się z nią skontaktować Jej profil na Facebooku lub http://twojawrozka24.pl
Podobne posty