W poszukiwaniu Miroletu.


Zostali klienci, wierzyciele i źle działające okna. A gdzie jest firma?

Pana Bogdana boli serce. Właścicieli nie ma, a on pilnuje ich zakładu – wielkiego białego budynku, ni to domu, ni to hali z zieloną tablicą nad betonowym ogrodzeniem: Mirolet – produkcja okien. Do Łochowa przyjeżdżają zdenerwowani klienci, ale to jeszcze pół biedy. Był też komornik, a ostatnio policjant z Bydgoszczy szukał właścicielki zakładu. Pan Bogdan łapie się za serce. Zachorował wtedy, kiedy jeszcze montaż okien trwał od rana do nocy – prosto z hali trafił karetką do szpitala. Leżał miesiąc i czuł się coraz gorzej. Dostał skierowanie na rentę. Wtedy okazało się, że pracodawca­ nie płacił składek do ZUS-u. Pan Bogdan mimo sześciu lat pracy nie ma uprawnień. Udało mu się wystarać o zasiłek. Opowiada tę historię i zapala kolejnego papierosa...
Działalność firmy Mirolet kończy się teraz na bramie zamkniętej na zardzewiały zamek. Niezałatwione reklamacje, niezrealizowane zamówienia, długi w banku. Wszyscy chcą się widzieć z właścicielką. – Szefowej nie ma – pani Ewa, żona pana Bogdana, zbiera listy i oddaje księgowej. Na stronie internetowej Miroletu wciąż są zachwalane okna i bramy garażowe. Pan Bogdan na zamieszczonych na stronie WWW zdjęciach montuje okna, działa formularz kontaktowy – ale podane telefony są głuche, a odpowiedź na zapytanie nie przychodzi. Co się stało z Miroletem?




Autor: Andrzej T. Papliński
Siedziba firmy – budynki zostały sprzedane przez komornika na licytacji.
Autor: Andrzej T. Papliński

Autor: Andrzej T. Papliński

Historia się powtarza
Byli klienci zaczynają swą opowieść...od historii uwiedzenia. Początkowo byli zachwyceni wyborem, nic nie budziło wątpliwości – miejsce, towar, umowa. O ludziach firmy na początku mówią w najlepszych słowach.
– Wybraliśmy Mirolet – opowiadają państwo Izabela i Piotr Piaśni spod Poznania – gdy jego przedstawiciele pojawili się któregoś dnia na naszej budowie i zaproponowali, że za darmo pomierzą otwory i przedstawią ofertę. Zgodziliśmy się – ciągną opowieść.
Później było spotkanie w salonie w Poznaniu i pierwszy kontakt z panią Mirosławą, właścicielką firmy. – Zrobiła bardzo dobre wrażenie. Ładna młoda kobieta profesjonalnie podeszła do naszego zamówienia – wspominają.
Inwestorzy budują dom na rogatkach miasta. Cieszyli się, że kupią towar wysokiej klasy – pięciokomorowe okna plastikowe na profilu niemieckiej firmy, z potrójną uszczelką, okuciami ukrytymi w zaokrąglonych ramach – czyli wyższa półka, coś jak mercedes wśród samochodów. Właścicielka firmy przedstawiła listę rekomendacyjną – wypisano na niej numery telefonów do kilku zadowolonych klientów. Pani Izabela zadzwoniła na pierwszy podany­ numer. Starsza kobieta na hasło Mirolet zaczęła mówić szybko, bez zająknięcia, jakby czytała z kartki reklamę firmy. Chwila wątpliwości, jednak szybko stłumiona rozgardiaszem budowy. Zaczęli negocjacje. Ku zadowoleniu właścicieli udało się obniżyć cenę o kilkanaście procent – za okna i drzwi wyjściowe mieli zapłacić 16 600 zł. Umowę podpisali 29 listopada 2003 r.
– Zależało nam na fakturze za całość jeszcze w 2003 r. (ulga podatkowa), więc wpłaciliśmy 51% ceny – mówi Piotr. Po dwóch ponaglających telefonach i wizycie w salonie – początek kłopotów – otrzymali fakturę z datą 31 grudnia 2003 r. Termin dostarczenia i montażu okien określono w umowie na marzec. Im bliżej tej daty, tym uzgodnienie konkretnego dnia stawało się trudniejsze. Nie dostawali odpowiedzi, nie mieli już z kim rozmawiać.
Piotr: – Zaczęliśmy się niepokoić. Wciąż nowe powody: szefowa nie ma pieniędzy, jeszcze nie zmontowano okien, nie ma transportu, brakuje montażystów...
Inwestorzy, pracownicy dobrze prosperujących zachodnich koncernów, przyzwyczajeni do profesjonalnych kontaktów, nagle znaleźli się w środku nie swoich spraw.
– Słuchaliśmy o problemach Miroletu, wykonywaliśmy głuche telefony do właścicielki firmy i jej męża, dzwoniliśmy do salonu i dowiadywaliśmy się, że szefowa zgubiła telefon, później komórkę zgubił szef. Jak już dochodziło do kontaktu, to pani Mirosława zwierzała się, że ktoś oszukał ją na wielką sumę i teraz musi być bardzo ostrożna. Co nas to wszystko obchodziło?! Chcieliśmy naszych okien! W końcu czuli się jak petenci, którzy proszą o łaskę i będą wdzięczni, jeśli w ogóle zamówiony towar pojawi się na budowie. Okno przywieziono 8 kwietnia 2004 r. Montażyści zabrali się do pracy, a właścicielka firmy... zażądała zaliczki na drzwi. Sprawa została postawiona prosto: nie będzie zaliczki, nie będzie okien. W odpowiedzi na opór pani Izabeli montażysta zaczął wymontowywać dopiero co osadzone okna. Nim klientka zmiękła i wysupłała 1000 zł, dwa skrzydła znalazły się z powrotem na samochodzie. Po kilku tygodniach dotarły zamówione drzwi – nasi Czytelnicy dostali nawet od firmy gratisowo złotą klamkę w kształcie kuli. Niestety, zupełnie niepasującą, bo elementy ozdobne w drzwiach są ze stali nierdzewnej. Klamkę, która pasowała do zrobionych już otworów w drzwiach, musieli sprowadzić z Niemiec – kosztowała 900 zł. Inwestorzy mieli przeżyć jeszcze jedno rozczarowanie – o wiele większe! Okna były dramatycznie nieszczelne. Wystarczył silny wiatr i pięciokomorowe skrzydła z trzema uszczelkami były wpychane do środka – powstawała szczelina! Wezwany specjalista szedł od okna do okna i pokazywał palcem błędy: zły montaż, niewłaściwie dobrane okucia, brak wzmocnień antywłamaniowych, brak poziomu i pionu. Piotr przyłożył poziomnicę do ramy okna balkonowego – skrzydło na całej długości było wygięte w łuk! Początkowo firma reagowała. Przyjeżdżano, coś poprawiano. Po pisemnej reklamacji wstawiono metalowe wzmocnienia. Było coraz trudniej. Właścicielka firmy krzyczała...
Zrezygnowali. Pani Izabela: – Nie mamy już siły walczyć, znów przeżywać horror spotkań i rozmów z tą firmą, z tą panią. Czeka nas wymiana okien – kwitują swoje doświadczenia. A lista rekomendacji? Później dowiedzieli się, że telefon odebrała prawdopodobnie matka właścicieli firmy. Pan Piotr: – To pierwsza i ostatnia firma, jaką mieliśmy nie z polecenia. Nauczka oczywista.


Gołym okiem widać, jak parapet faluje...
Autor: Andrzej T. Papliński
Kable bez izolacji, osłona przycięta, bo tak pasowało...
Autor: Andrzej T. Papliński


Już tylko sąd
Przebieg kontaktów z Miroletem był zawsze podobny: faza sympatycznych rozmów, podpisanie umowy, długie oczekiwanie na termin realizacji, wielokrotnie przesuwany montaż. Lista zarzutów, jakie stawiają byli klienci, jest długa. Błędy przy montażu: brak pionów, kłopoty z zamykaniem okien, uszkodzone przez narzędzia ramy, źle pracujące rolety. Spory z właścicielką firmy, coraz mniej uprzejmą, coraz bardziej nerwową, krzyczącą, stawiającą innym dziwne zarzuty w swej obronie. W trakcie scysji telefonicznych, gdy ekipa montażystów czekała w samochodzie na budowie, doliczała sobie godziny za postój. – Naprawdę trudno było z nimi wygrać – mówią dziś pokrzywdzeni. Pan Andrzej z Bydgoszczy chciał mieć okna z trzema uszczelkami.
– Wieje w naszej okolicy, zależało­ mi na szczelnych oknach – mówi. Remontował segment z lat 80., w którym mieszka z żoną. Wybrał ten sam profil co państwo Piaśni, a taki – trafiło się – oferowała w Bydgoszczy firma Mirolet. Obejrzał wystawę w salonie na ul. Nakielskiej. Był zachwycony jakością. Piękne okna z półokrągłymi ramami. W salonie wyliczono koszt wymiany okien, w tym jednego balkonowego wraz z parapetami, na kwotę 13 000 zł. Firma dawała trzy lata gwarancji.Podpisali umowę z miesięcznym terminem na dostawę. Pan Andrzej wpłacił 4000 zł zaliczki. Pozostałą kwotę miał przekazać sprzedawcy zaraz po przywiezieniu okien. Po dwóch tygodniach telefon do pracy: – Okna są gotowe. Przywieźli, pieniądze z ręki do ręki, dwa tygodnie później montaż. Już wieczorem telefon pana Andrzeja do firmy: – Krzywo, wieje, są rysy i uszkodzenia! Nowi właściciele ochłonęli ze szczęścia i zaczął się etap prawdy. Między drzwi balkonowe a futrynę można wcisnąć rękę, parapety pogięte, bez bocznych wykończeń, rysy na ramach, tynk nad oknem odpada. Pracownikowi ześlizgnęła się ręka z wiertarką, przewiercił ramę okna na wylot! – natychmiast odjechał. Po monitach wrócił, naprawił – uzupełnił dziurę białym silikonem. Przy montażu pracownicy dociskali skrzydła okien na siłę – uszkodzili je, pokrzywili. Telefony z reklamacjami. Wściekłość klientów, przyjazd montażysty na reklamację, a po wizycie okno nie daje się zamknąć. Zapewnienia, że wszystko zostanie wyregulowane, uszczelnione, naprawione. Kilka sobót mija na czekaniu na przyjazd pracownika firmy. Pan Andrzej kilkakrotnie odwiedza salon na Nakielskiej, rośnie temperatura rozmów, właścicielka firmy krzyczy. 16 października 2006 r. strony spisują protokół usterek. Potem cisza... W styczniu 2007 r. pan Andrzej stracił cierpliwość. Szukał pomocy w federacji konsumentów w Bydgoszczy. Rzecznik Krzysztof Tomczyk pomógł mu przygotować pozew, który trafił do sądu grodzkiego w Bydgoszczy.


Ślady zrywania się rolety – porysowania.
Autor: Andrzej T. Papliński
Pan Piotr odkrył nie tylko brak pionów, ale i wygięcie okien w łuk – nic dziwnego, że wieje.
Autor: Andrzej T. Papliński

Co można przeczytać w Internecie
Na Forum  o firmie Mirolet pisano wiele razy – w bardzo krytycznych relacjach niezadowolonych klientów. W dziale „Wykonawca doskonały... i mniej” pojawiły się ostrzeżenia. Nie wszyscy jednak czytają forum.
– To mój największy błąd. Przeszukałem Internet dopiero po zawarciu umowy z firmą – opowiada pan Marcin Śliwa z Bydgoszczy. Umowa dotyczyła bramy garażowej rolowanej za 4200 zł. Początek skądinąd znany – niebudzący czujności etap zawierania umowy. Brama przywieziona przed czasem, montaż (trochę dziwny  – montażyści przyjechali bez narzędzi, pan Marcin pożyczył), a zaraz potem... katastrofa. Brama runęła, odwinęła się samoczynnie i zatrzasnęła garaż. Pan Marcin akurat miał rano jechać do pracy. Po szamotaninie z bramą pojechał do pracy taksówką. Przedstawiciele firmy zjawili się następnego dnia. – Zrobili mi awanturę, że zespułem urządzenie. Oczekiwali chyba wdzięczności za to, że zareagowali szybko, bo na reklamację mają przecież 14 dni. Tyle dni miałem czekać z zatrzaśniętym w garażu samochodem?! Coś naprawili, ale kilka dni później roleta znów się zerwała, przy okazji gnąc wieszaki, na których była zamocowana.
Pan Marcin działał. Zadzwonił do producenta bramy i dowiedział się, że montaż powinien wyglądać całkiem inaczej, niż zrobili to spece z Miroletu. Zawiesili bramę jak zasłonę w oknie, pomijając wiele niezbędnych mocowań i regulacji. Fachowiec z innej firmy w Bydgoszczy jeszcze bardziej przygnębił pana Marcina. – Robimy mnóstwo serwisów po Mirolecie. Partaczą. Był gotów naprawić błędy montażu i wymienić pogięte elementy za 1000 zł. Nasz Czytelnik miał jednak jeszcze nadzieję. Nachodził pracowników salonu na Nakielskiej, telefonował do szefów. W końcu Mirolet zareagował. Naprawili – po miesiącu brama znów się zerwała. Tym razem pan Marcin sam zakasał rękawy – zdemontował ją i wyedukowany zamontował ją, jak należy. Zostały pogięcia, porysowana roleta – brama wygląda, jakby miała z dziesięć lat, ale działa. Pan Marcin żąda teraz wymiany bramy albo zwrotu pieniędzy.


Brama roletowa pana Marcina co jakiś czas zrywa się i odkręca z dzikim pędem. Co by się stało, gdyby w progu stało dziecko, lepiej nie myśleć.
Autor: Andrzej T. Papliński
Dom pana Andrzej z Bydgoszczy – najwyższa jakość profili, z których zrobiono okna, i montaż, który wszystko zepsuł.
Autor: Andrzej T. Papliński

W poszukiwaniu Miroletu
Salon na Nakielskiej w Bydgoszczy. W środku dwóch tynkarzy odnawia pomieszczenie – sklepu z oknami już tu nie ma. Właściciel budynku nie kryje zaskoczenia tym, co się stało dzień przed sylwestrem. – Mirolet zniknął. Któregoś wieczoru wywieźli wszystko, co stało w sklepie. Zniknęli, nie oddając nawet kluczy i pilota od bramy. Prokuratura Rejonowa w Bydgoszczy: trafiamy tu śladem policjanta szukającego właścicieli firmy. Okazuje się, że wszczęto postępowanie z art. 219 § 1 Kodeksu karnego dotyczące nielegalnego zatrudniania pracownika w firmie Mirolet. W Łochowie, gdzie firma miała siedzibę, opowieść o niej zaczyna przybierać kształt telenoweli. Działała od 1994 r. – najpierw w Poznaniu, później przeniosła się do Bydgoszczy. Poznański Mirolet stał się 1 lipca 2005 r. bydgoskim Miroletem Plus – wcześniej właścicielem była pani Mirosława, teraz jej syn Łukasz. W najlepszych latach Mirolet zatrudniał ponad dziesięć osób, praca szła na dwie zmiany. Później coś się psuło, pracownikom nie płacono, dostawali zaliczki, zwalniali się, przyjmowano nowych ludzi. Nowi pracownicy jechali na montaż, nie mając za bardzo pojęcia, jak to robić. W ostatniej fazie działania firmy zostało już tylko dwóch pracowników. Ci, którzy odeszli, mieli pretensje do firmy. Ktoś załatwił swoje porachunki z właścicielką, wybijając szyby w salonie na Nakielskiej. W czerwcu 2004 r. producent profili odebrał firmie prawo do ich sprzedaży. W styczniu 2006 r. komornik zlicytował nieruchomości zakładu za długi. Znalazł się nowy nabywca obiektów. Byli właściciele Miroletu wciąż zajmowali mieszkanie nad zakładem, nowy właściciel chciał ich wysiedlić. Odwołali się do sądu. Przed sylwestrem 2006 r. jednego popołudnia zamknęli salon na Nakielskiej, salon w Poznaniu przestał działać kilka miesięcy wcześniej. Pan Bogdan jest wściekły. Od razu wiedział, że nie wrócą. Pakowali meble, telewizor, pralkę. Tłumaczyli, że jadą odwiedzić syna, że będą mieli mieszkanie i chcą je urządzić. Obiecali zadzwonić po dwóch tygodniach. Telefon milczy, nie ma żadnego kontaktu z właścicielami nieistniejącego już Miroletu. Zamiast wiadomości wróciła pralka z Anglii. Widocznie jej tam nie potrzebują.


Najdroższe okna i takie kwiatki – byle jak wycięte i zamontowane elementy.
Autor: Andrzej T. Papliński
Szczegóły niechlujstwa: niedokładnie, z dziurami, brudno.
Autor: Andrzej T. Papliński



Dom państwa Piaśni spod Poznania. Okna w ich domu za prawie 17 tys. zł są do wymiany.
Autor: Piotr Piaśna
Pani Izabela: – Kiedy się dowiedzieliśmy, jaka to firma, baliśmy się, że w ogóle nie dostaniemy okien.
Autor: Andrzej T. Papliński

Gdy wykonawca znika(Komentarz prawny – Iwona Sysik)

Czasami zdarza się, że nawet uczciwy przedsiębiorca wpadnie w tarapaty i ma problemy z realizacją zamówień. Jednak rzetelna firma nie unika wtedy odpowiedzialności, a właściciel nie ucieka za granicę, lecz próbuje porozumieć się z klientami i wywiązać z zaciągniętych zobowiązań, a w najgorszym wypadku wnioskuje o ogłoszenie upadłości, żeby zgodnie z prawem zaspokoić przynajmniej niektóre roszczenia wierzycieli. W opisanej sprawie można dostrzec okoliczności świadczące o tym, że przedsiębiorca od początku zachowywał się nieuczciwie, a przynajmniej mało profesjonalnie (rekomendacje fikcyjnych klientów, ustalanie zbyt długich terminów realizacji zamówienia i niewywiązywanie się z postanowień). Czy to jednak wystarczy do postawienia zarzutu oszustwa? Obawiam się, że to za mało. Oszustowi trzeba bowiem udowodnić, że od początku, to jest już w chwili zawierania umowy, nie miał zamiaru się z niej wywiązać. Tymczasem firma jednak coś zrobiła: dostarczyła okna, przysłała ekipę montażystów, jednak tak nieudolną, że nie podołała zadaniu. Odpowiedzialność przedsiębiorcy będzie więc raczej rozpatrywana w kategoriach prawa cywilnego, a nie karnego, a mianowicie na podstawie przepisów z zakresu rękojmi za wady dzieła lub z zakresu odpowiedzialności odszkodowawczej z tytułu nienależytego wykonania zobowiązania.
Klient ma spory wachlarz możliwości dochodzenia swoich praw, problem leży jednak w egzekucji orzeczeń. Nawet korzystny wyrok sądu nic nie da, jeśli dłużnik nie będzie miał majątku, z którego można ściągnąć zasądzone roszczenie. Dlatego aby ustrzec się takich sytuacji, trzeba jeszcze przed podpisaniem umowy w miarę możliwości sprawdzić przedsiębiorcę: poszukać informacji na jego temat na forach internetowych, poprosić o kontakt do innych klientów, zasięgnąć opinii producenta (importera) produktów, które oferuje sprzedający, jak układa się im współpraca, czy nie było reklamacji od klientów, jak ocenia działalność ekipy montażystów itp. Warto też sprawdzić, jak długo działa firma i na jakiej podstawie, przyjrzeć się zawieranym umowom, zwrócić uwagę na terminy realizacji zamówi­enia, czy wykonawca udziela gwarancji i na jak długo. Niestety, nawet taka czujność nie daje stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa, zmniejsza tylko ryzyko zawarcia umowy z nieucz­ciwym wykonawcą lub sprzedawcą.

Moim zdaniem(Jerzy Płoński specjalista z Instytutu Techniki Budowlanej)

Klienci wymienionej firmy mieli pecha już w momencie podpisywania umowy. Firma z założenia oferowała im wyrób niepełnowartościowy, z „oszczędnymi” okuciami i równie oszczędnym montażem. Brak mocowania w newralgicznych miejscach, brak uszczelnienia na styku stolarki i ścian budynku, zaniechanie koniecznych usztywnień ramy. Wątpliwości powinna też budzić obniżka o kilkanaście procent i telefoniczne rekomendacje recytowane z pamięci. Firma dawała upust i musiała jakoś zaoszczędzić – „zapomnieć” o usztywnieniach, zamiast okuć antywłamaniowych zastosować tańsze. Koszty działalności obniżał też mało profesjonalny montaż i niepłacenie pracownikom ZUS-u. Montaż okien przeprowadzono w sposób skandaliczny. W relacjach jest wzmianka, że usztywnienia zostały uzupełnione później. Jest to technicznie niemożliwe! Usztywnień nie da się wsunąć w zgrzane ramy. Stolarka okienna nie jest wyrobem niszowym, kupowanym przez nielicznych. To wyrób masowy. Artykuł jest przestrogą, że każdy system okien z PCW, nawet ten najlepszy, można popsuć. Z mercedesa zrobić przechodzoną ruinę zdatną na złom. Wystarczy nie stosować zaleceń technicznych, źle wykonać montaż, porysować i podziurawić ramy przy montażu – i okna za kilkanaście tysięcy złotych stają się wyrobem bezwartościowym. To nie profile, okucia, szkło były źle zrobione, zawinił producent okien i montażyści. Z doświadczenia wiem, że tak dramatyczne przypadki, jak opisane w artykule, są na szczęście rzadkością. Właścicielom pechowego zakupu pozostaje wymiana okien na nowe, chyba że znajdzie się specjalista, który zdoła zepsute okna doprowadzić – chociażby w części – do użytku.

Krzysztof Tomcza - miejski rzecznik konsumentów w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy
Zarzuty pod adresem firmy Mirolet powtarzały się. Niestety, nie odpowiedziała na żaden z moich listów, w których wzywałem ją do ustosunkowania się do zarzutów, mimo potwierdzania odbioru listów. Sprawa pozostała na etapie pomocy prawnej poszkodowanym klientom. Niestety, rzecznik nie ma uprawnień ani władczych, ani kontrolnych. Byłym klientom pozostaje tylko dochodzenie swoich praw na drodze powództwa cywilnego. Wiem, że niektórzy wybrali tę drogę.

Poznaj swoją przyszłość

Jedna z najlepszych wróżek w Polsce Wróżka Mira Elżbieta Sobczyk odpowiada na pytania na swoim Facebooku  lub przez e-mail. Problemy ze zdrowiem lub w sprawach "miłosnych" ? A może interesują Cię kwestie finansowe?  Sprawdź swoją przyszłość. Jej odpowiedzi pomogły już tysiącom ludzi w Polsce. Można się z nią skontaktować Jej profil na Facebooku lub http://twojawrozka24.pl
Podobne posty