Urząd - trudny przeciwnik. Czyli jak bez nerwów uzyskać pozwolenie na budowę.

Jak? A co tu radzić? Wystarczy wystąpić o warunki zabudowy, a później przedstawić w urzędzie wszystkie wymagane prawem dokumenty, by po miesiącu odebrać pozwolenie na budowę. Gdyby to było takie proste!

Dla wielu osób, które zbudowały dom, załatwienie formalności okazało się najtrudniejszym etapem całego przedsięwzięcia. Bieganie po urzędach, zbieranie dokumentów, pieczątek, podpisów, wyczekiwanie na decyzje, utarczki z urzędnikami, wreszcie korupcja – lista żalów jest długa.
Prawo jest po stronie inwestora, jeśli tego prawa przestrzega. Niestety, nasz los zależy jeszcze od pracujących w urzędzie ludzi. Możemy spotkać urzędnika, jak ten z wydziału architektury w Łomiankach, który na propozycję rozmowy z dziennikarzem, odpowiedział: Nie mam ochoty. Nie ma ochoty i tyle – co mu petent zrobi? Ale możemy spotkać się też z życzliwością i perfekcyjną obsługą. Takich urzędów jest więcej!

Urząd przyjazny

poznać już po szczegółowej informacji na tablicy, z której dowiemy się, jakie dokumenty są potrzebne, gdzie je uzyskać i w jakim terminie.
Opowiada jeden z inwestorów: Gdy po raz pierwszy poszedłem po informację, dostałem od urzędniczki przewodnik w formacie A4, dzięki czemu nie poruszałem się po omacku.
A internauta z Polic tak opisuje swoje doświadczenia: Wszystko zostało załatwione szybko i sprawnie. Urzędnicy sami dzwonili, gdy musiałem coś uzupełnić. Byłem zaskoczony, bo przygotowywałem się na mękę. Żona z własnej inicjatywy, po fakcie, zaniosła paniom tort.
Pracownicy takich urzędów nie wyszukują problemów. Problemy powstają wtedy – mówią w dobrych urzędach – gdy petent próbuje omijać prawo, na przykład chce załatwić papiery na inwestycję, która jest sprzeczna z ustaleniami planu miejscowego czy też wymóc legalizację samowoli budowlanej.

Urząd wrogi

petentom działa odpychająco: przepisy egzekwuje z nadgorliwością, a informacji udziela skąpo, w myśl zasady: „Nie wiesz, idź i znajdź sobie specjalistę”.
W takim urzędzie nęka się petenta, aż ten udręczony zapyta: Czy nie udałoby się przyspieszyć sprawy? Odpowiedzią jest sugestia: koniak, łapówka, a najczęściej telefon do kolegi, który projektuje „fuchy”. Urzędnicy nie mogą wykonywać dodatkowo płatnych usług na terenie swojej gminy, ale przepis ten jest często łamany: projekt wykonuje i pieniądze bierze urzędnik, dzieło podpisuje kolega z innej gminy.
Przepisy nie wymagają od urzędników wydziałów architektury uprawnień budowlanych ani projektowych. To samoucy – nie kształci się ich do tych zadań. Tymczasem zdarza się, że weryfikują rozwiązania przyjęte w projekcie albo domagają się oprócz projektu architektonicznego, także projektu instalacji wewnętrznych, co jak wiadomo nie jest konieczne.
W złym urzędzie inwestor traktowany jest jak potencjalny oszust i kombinator. Przepisy administracyjne są niejasne – inwestor, ale i urzędnik jeśli chcą, mogą naginać prawo. Wystarczy zapis w prawie budowlanym: „jeśli zmiany są istotne”. Ale kto decyduje, co jest istotne, a co nie? – domyślić się łatwo...
Prawo nam nie pomaga. W 1999 roku pewien mieszkaniec Szczecina kupił na Podlasiu w jednym miejscu drewniany dom, a w drugim działkę. Wynajęta firma przetransportowała dom w całości w nowe miejsce – tyle było tej budowy. Urzędnik gminy zażądał jednak uzyskania pozwolenia na budowę. Inwestor nie znał lokalnych stosunków, skorzystał więc z „pomocy” urzędu. Syn urzędnika zaprojektował coś, co istnieje fizycznie od 50 lat – inwestor musiał zapłacić za projekt 1200 zł. Na przenoszonym domu należało powiesić tablicę informacyjną, trzeba było też opłacić kierownika budowy, który na budowie nie był ani razu, bo całe zadanie wykonała firma. Takie jest to prawo...

Korupcja istnieje

choć jej skali nikt nie jest w stanie określić. Wiele też jest niedomówień i niesprawiedliwych ocen urzędniczego stanu. W pewnym urzędzie inwestor wystąpił o warunki zabudowy dla budynku mieszkalnego na terenie, który w planie miejscowym był określony jako strefa ochronna wokół cmentarza, w której obowiązuje zakaz lokalizacji budynków mieszkalnych. Do podania załączył drobny upominek rzeczowy. Otrzymał decyzję, taką jaką powinien otrzymać zgodnie z prawem – czyli odmowę wraz ze zwróconym upominkiem. Doszedł więc do wniosku, że załatwiono go odmownie, bo... dał za mało.
Urzędnicy twierdzą, że to niezadowoleni petenci tworzą mity o przekupności urzędników. Inwestorzy zaś często mówią o presji – nie skorzystasz z „pomocy” – nie zabraknie ci kłopotów. Jak jest naprawdę? Cóż, jedni dostają pozwolenie szybciej, u innych trwa to dłużej – pole do nadużyć jest duże...

Kolega poszedł na urlop

– taka odpowiedź to urzędniczy „paragraf 22”. Kolega urlopowanego opędzi się z kwaśną miną: Nie znam sprawy. Przełożony urlopowanego, rozłoży ręce: On poszedł, a ja się nie rozdwoję. Błędne koło. Urząd, który nie dotrzymuje terminów, czuje się bezkarny i nie spotyka go za to żadna dotkliwa kara.
Ile trwa załatwianie pozwolenia na budowę? Może trzy tygodnie, a może i półtora roku. Trudności bywają obiektywne, znów wiele zależy od woli urzędnika. Czasem urząd się asekuruje, jak pewien zakład energetyczny, który w warunkach zasilania napisał: „Strony ustalają termin przyłączenia prądu na 25 maja 2003 roku. Termin może ulec skróceniu z inicjatywy wnioskodawcy (?!)” (niestety w takim wypadku nie ma ustawowych terminów) – petent czyta i myśli: „Przecież ja chciałem się w tym roku budować”.
Urzędy są często nieobliczalne, dlatego tak trudno znaleźć pośrednika, który uzyska za nas pozwolenie na budowę. Zwykle nie chce się podjąć tego architekt, firma specjalistyczna zażąda od 300 do 1000 zł, a i tak wcześniej trzeba udzielić jej notarialnego pełnomocnictwa.
Jak sobie pomóc? Trzeba znać swoje prawa i obowiązki. Trzeba być aktywnym – radzi na FORUM „Muratora” Andrzej Pożoga z Wybrzeża. Ja nie czekałem z założonymi rękami. Sam odszukałem moich sąsiadów i prosiłem, by podpisali oświadczenie, że nie zgłaszają protestów. Uzgodnienia w energetyce i telekomunikacji również załatwiłem od ręki. Łącznie wszystkie czynności związane z pozwoleniem na budowę nie zajęły mi więcej niż osiem godzin.

Vademecum petenta

- Trafisz na dobry czy trudny urząd, drogę po pozwolenie zacznij od kupna segregatora na dokumenty. Pasek zielony - działka, czerwony - przyłącza, niebieski - uzgodnienia, żółty - projekt. Segregator noś i przy pogodzie - szkoda czasu na szukanie dokumentu, który załatwiałeś przez pół roku, a teraz gdzieś się zapodział. Urzędnik kocha papier i pieczątki, twoja teczka z dokumentami wzbudzi jego szacunek, no i wszystkie dokumenty będziesz miał pod ręką.
- Zapoznaj się z informacjami wywieszonymi w urzędach: jakie dokumenty złożyć i jak wypełnić wniosek (na tablicach ogłoszeń wywieszone są przykładowo wypełnione wzory).
- Zarezerwuj odpowiednio dużo czasu na załatwienie wszelkich formalności. Średnio trwa to około 6 miesięcy. Jeśli nikt się nie odwołuje - około 3 miesięcy. Pozwolenie na budowę zacznij wyrabiać jesienią, by wiosną następnego roku ruszyć z budową. Każdy urzędnik szanuje swoją pracę i dba, żeby biurko nie było puste. W lutym i marcu wniosków spływa najwięcej - wtedy powstają opóźnienia.
- Gdy pracujesz i nie masz czasu na kilkakrotną wędrówkę po urzędach, zadzwoń do zakładu energetycznego i gazowniczego, poproś o przesłanie faksem wzoru formularzy. Wypełnij je w domu, a w urzędzie (na przykład w poniedziałek, kiedy pracuje dłużej) przepisz na czysto.
- Mapy są ważne przez 3 miesiące. Podobnie wyciąg z ksiąg wieczystych. Nie warto więc załatwiać „papierów” na raty.
- Jeśli urzędnicy wymagają dodatkowych dokumentów, poza tymi, o których jest mowa w pouczeniach, wymagaj, aby żądanie to zostało ci doręczone na piśmie z podaniem podstawy prawnej.
- Pamiętaj, że sprawy administracyjne załatwiane są w drodze decyzji, od której można się odwołać. Ustne odpowiedzi lub zapewnienia nie są wiążące, dlatego zawsze domagaj się doręczenia rozstrzygnięcia na piśmie.
- Jeśli nie jesteś zadowolony, skorzystaj z prawnych możliwości zaskarżenia orzeczeń – nie zapominaj o terminach do wniesienia zażalenia (7 dni) i odwołania (14 dni).
- Staraj się załatwiać sprawy grzecznie, bez awantur lub skarg. Pamiętaj, że urzędnicy, tak jak każda grupa zawodowa, są solidarni. Skargę na jednego urzędnika rozpatruje zwykle jego kolega na wyższym stanowisku, zazwyczaj w oparciu o złożone przez tego urzędnika wyjaśnienia. Skargi takie - niestety - rzadko odnoszą skutek.
- Zawsze przygotuj się do rozmowy z urzędnikiem - będzie czuł respekt przed petentem, który coś wie.
- Nie warto omijać planu miejscowego, wnioskować o coś innego, niż ma być wybudowane - kłamstwo ma krótkie nogi, a nakaz rozbiórki to nie żarty. Nie warto też „brać na przetrzymanie” - obiecywać, że uzupełni się braki w dokumentacji, licząc, że urzędnik w końcu da sobie spokój - zwykle taka zwłoka pogarsza sprawę.
- Czekoladki i inne drobne upominki wręczane urzędnikom są nieraz miłym gestem, dalekim od próby korupcji, ale bywają ryzykowne: pryncypialny urzędnik nie przyjmuje dowodów wdzięczności.
- Powoływanie się na znajomości - zazwyczaj skutkuje, gorzej jeśli powołamy się na niezbyt lubianą osobistość.

Ostatnia rada: jeśli będziemy postępować zgodnie z prawem i w terminach, nie powinno być żadnych problemów. Takie rozumowanie jest bliskie coraz większej liczbie urzędów.

Przyjazny urząd
Dariusz Gliński z Gryfina: Chcieliśmy budować dom. Wspaniałą okazją stał się dla nas przetarg na sprzedaż działek budowlanych ogłoszony przez Urząd Miasta i Gminy w Gryfinie. W ofercie przedstawiono 52 działki, których wielkim plusem było pełne uzbrojenie. Cena wywoławcza wynosiła 21 zł za m2. Co najciekawsze, połowę działek zaoferowano osobom, które nie posiadały mieszkania, a miały książeczkę mieszkaniową, z wkładem zgromadzonym do końca 1990 roku. Zgłosiło się 8 osób, między innymi my - mogliśmy kupić działkę po cenie wywoławczej. Ceny w przetargu drugiej części były kilkakrotnie wyższe. W dniu dzisiejszym stan zaawansowania 40 budów jest różny, ale kilka rodzin już mieszka.
Obecnie na zlecenie Urzędu Miasta i Gminy wykonywane jest oświetlenie uliczne, a po nim same ulice: jezdnie i chodniki. Gmina przygotowuje kolejne duże inwestycje związane z przygotowaniem terenów pod budownictwo indywidualne.
Ten opis może wydać się swoistą laurką dla urzędników, ale zapewniam, że nie mam żadnego interesu ani koligacji w miejscowym urzędzie, a nawet nie jestem mieszkańcem Gryfina, na stałe mieszkam w Toruniu. Wszystkim życzyłbym urzędu, który pomaga inwestorom. Nie muszę dodawać, że uzyskanie pozwolenia na budowę to była przyjemność...


Państwo Glińscy trafili na przyjazny urząd.
Autor: Dariusz Gliński
Dzięki niemu dostali nie tylko pozwolenie, ale wcześniej mogli kupić atrakcyjną działkę.
Autor: Dariusz Gliński

Dwie ścieżki – ten sam urząd
Marek Wąsacz z Łódzkiego: Na przełomie 1999 i 2000 roku postanowiliśmy budować dom. Mieliśmy działkę, wybraliśmy z żoną projekt, a ja ustaliłem kolejność zbierania niezbędnych „papierków”. Wniosek o wydanie decyzji o warunkach zabudowy złożyłem w gminie 17 marca. Warunki zabudowy otrzymaliśmy z opóźnieniem. Nie był to powód do zdenerwowania, gorzej że treść tej decyzji nie napawała nas optymizmem. Leśna działka ma powierzchnię 1350 m2. W decyzji były naniesione dwie linie nieprzekraczalnej zabudowy – 6 metrów od granicy działki. Był też zapis (pozostałość po starych czasach), ograniczający powierzchnię użytkową domu do 110 m2. Nasz dom miał być większy – 230 m2.
Postanowiliśmy złożyć podanie o rozszerzenie decyzji, argumentując to chęcią prowadzenia działalności gospodarczej. Ten pomysł podsunął mi – gratis – zaprzyjaźniony urzędnik. Na odpowiedź czekaliśmy ponad miesiąc, aż zbierze się Rada Gminy. Zbliżał się okres wakacyjny. Nawet wrogom odradzam ten okres na załatwianie czegokolwiek w polskich urzędach. W końcu odebraliśmy odpowiedź. W nowej decyzji pozostało 110 m2, ale bez ograniczeń co do powierzchni gospodarczej. Jest za to kolejny kruczek: 90% powierzchni działki ma być wolne od zabudowy. Obliczamy: miejsca pod budowę domu jest ciągle za mało. W międzyczasie załatwiałem zgodę na wyłączenie gruntów z produkcji leśnej. Cały czas wszystko sam. Nieustanne problemy, aby urwać się z pracy, gnać co sił na drugi koniec miasta i... pocałować klamkę. Albo kasa była zamknięta, albo znaczki skarbowe wyszły, albo „pani zaraz wróci”... Trzeba być bezrobotnym, żeby to wszystko załatwiać samemu!
W pierwszym kwartale 2000 roku formalności od zakupu projektu po otrzymanie pozwolenia kosztowały od 2800 do 3000 zł i trwały 3 miesiące. Wtedy wydawało mi się drogo i długo, więc wolałem działać sam – później bardzo tego żałowałem.
Do Dyrekcji Lasów Państwowych trafiłem w wakacje. Moje podanie leżało dokładnie 29 dni. Dzwoniłem, jeździłem, a pan który się tym zajmuje, był na urlopie. Wreszcie ostatniego dnia zadzwonił i zadał pytanie, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że właśnie po raz pierwszy wziął do ręki moje papiery. Gdy wreszcie dostałem decyzję, okazało się, że zgodnie z warunkami zabudowy wyłączono mi tylko 10% działki. To był gwóźdź do trumny. Pod koniec sierpnia zrozumiałem, że nigdy nie dostanę tego pozwolenia. Poddałem się...
Pojechałem do urzędu. Oświadczyłem, że mam zamiar budować, ale nie mam czasu, a pani na pewno kogoś mi poleci. Dostałem wizytówkę z numerem telefonu. Zadzwoniłem do człowieka i przedstawiłem problem. Powiedziałem, że zależy mi na czasie i spytałem o koszty. 4500 zł płatne po otrzymaniu pozwolenia. Gość – urzędnik ze starostwa – wziął się ostro do roboty. Decyzja o warunkach zabudowy z gminy została zmieniona po raz trzeci. W Dyrekcji Lasów Państwowych, na podstawie nowej decyzji, poprawili od ręki powierzchnię wyłączenia. Potem ZUD, Sanepid – wszystkie papiery załatwiane były wielotorowo. Każdy z trzech egzemplarzy projektu był w tym samym czasie w innym urzędzie, tak by skrócić czas oczekiwania.
29 sierpnia dostałem pozwolenie. To, czego nie mogłem załatwić w ponad pół roku, stało się możliwe w półtora miesiąca. Osobiście nic nie mam do ludzi, którzy mi „pomogli”, problem w tym, że wykorzystują w tym celu swoje urzędnicze posady. Szkoda, że urzędnik nie może wywiesić szyldu: „Pozwolenia na budowę – szybko, tanio i solidnie” – byłaby konkurencja.

Trudna działka, nieżyciowe przepisy, błędne koło wykluczających się decyzji - aż wreszcie inwestor musi się poddać.
Autor: Wojciech Kawęczyński

Najprostszy sposób
Jan Dubiec spod Warszawy: Działkę kupiłem w kwietniu 1999 roku. Kiedy zdecydowałem się na budowę, pojechałem do urzędu gminy w R. po informację i zapytałem wprost: Kto to może zrobić? Dostałem kilka namiarów, w tym na geodetę – urzędnika, który pracował w innym pokoju. Dano mi też telefony do projektantów, którzy mogli wykonać adaptację, w tym do dwóch pań z urzędu. Zależało mi na czasie, więc wszelkie prace zleciłem na miejscu. Pozwolenie na budowę odebrałem po 6 tygodniach. Zapłaciłem za adaptację 1000 zł.

Jan Dubiec wybrał najprostszą drogę - dogadał się z urzędnikami. Czy wszystkie pozwolenia na budowę w tym urzędzie wydawane są równie szybko?
Autor: Andrzej T. Papliński

Pozwolenie z uśmiechem
Agnieszka Bartosik z Oławy: Bardzo lubię załatwiać sprawy w urzędach. Studiuję administrację - każdą wizytę traktuję jak wyzwanie i sprawdzian. Może dlatego tak bezboleśnie przeszłam proces zdobywania pozwoleń. Wiedza jest potrzebna, ale najlepszą bronią jest uśmiech. Uśmiech potrafi czynić cuda!
Początkowo zleciliśmy z mężem Maćkiem formalności firmie, w której kupiliśmy projekt. Że jednak zależało nam na czasie i nie chcieliśmy wydawać pieniędzy (2700 za projekt i pozwolenie), postanowiłam spróbować sama. Było to ryzykowne i mogło trwać dłużej - biuro miało doświadczenie i znajomości, ja nie. Poszło znakomicie - wszędzie od ręki załatwiałam sprawę. Akt notarialny miał być przesłany do starostwa powiatowego, celem dokonania wpisu w ewidencji gruntów. Poszłam sama do notariatu, zabrałam akt i przeniosłam do starostwa. Następnego dnia dostałam wypis z ewidencji gruntów. Tak było wszędzie.
Rozpoczęcie rozmowy z urzędnikiem nigdy nie jest proste, gdyż z natury jest się w pozycji proszącego, a urzędnik jest tym łaskawym, który „może, ale nie musi”. Natomiast jeśli w trakcie rozmowy zorientuje się, że petent ma rozeznanie w temacie, a do tego jest grzeczny i uśmiechnięty, nie ma powodu, by zwlekał z podjęciem decyzji. I tak podjąłby ją za 2-3 tygodnie.
Ważne, by rozmowa przebiega w miłej atmosferze. Uprzejmością naprawdę można wiele zdziałać, nie tylko w urzędach.

Idź z uśmiechem na ustach i znajomością swoich praw, a urząd cię nie zaskoczy - radzi pani Agnieszka.
Autor: Andrzej T. Papliński

Uprościć procedurę (Minister Andrzej Urban, Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego)

Zamierzamy maksymalnie uprościć procedurę  uzyskiwania pozwolenia na budowę. Jeśli inwestor spełnia wszystkie warunki przewidziane prawem, urzędnik musi wydać pozwolenie na budowę. Chcemy, aby urzędnik postępował zgodnie z obowiązującą procedurą; nie dokonywał ocen, lecz tylko sprawdzał, czy dokumentacja jest zgodna z przepisami i czy są spełnione inne warunki wymagane prawem. W ten sposób również wyeliminujemy miejsca dla ewentualnych nadużyć.

W 2000 roku wydano 76 967 tysięcy pozwoleń na budowę. Najwięcej w województwie mazowieckim (13 tys.) Na drugim miejscu jest województwo wielkopolskie (8 tys.), na ostatnich: lubuskie (1432) i opolskie (zaledwie 960).
Podobne posty